Wstęp tychże wypocin
postanowiłem napisać przed faktyczną wizytą w kinie. Zerkam
zmęczonymi oczami na zegarek – 14:54, środa, 15 listopada. Seans
przedpremierowy zarezerwowałem na 20:10, więc dobrze będzie umilić
sobie czekanie soundtrackiem z filmu, który już trafił do
internetu. Nie mogę się doczekać i obawiam jednocześnie. Dlaczego
to sobie robię? Po tym jak zawiodłem się na „Suicide Squad” i
„Batman v Superman”, w międzyczasie dodatkowo sponiewierany
przez chałturę jaką tworzy się w telewizji na podstawie komiksów
DC, czasami myślę że cierpię na syndrom sztokholmski. Choć nadal
trwam przy przekonaniu że „Dawn of Justice” nie było tak złym
filmem jak wszyscy wokół by chcieli, to z całą pewnością uważam
że był fatalny jako adaptacja komiksu.
Mimo to, obok „Człowieka ze Stali” to nadal jest jedyny film DCEU, na którym się dobrze bawię. Jaka jest alternatywa? Okropne „Suicide Squad” oraz bardzo przeciętna i statyczna „Wonder Woman”, która choć z dotychczasowych filmów DC z epoki Snydera napisana najlepiej, to kompletnie nie zachwycała ani nie wprowadza do gatunku peleryny i maski na ekranie niczego nowego. Oczywiście poza tym, że w końcu protagonistką jest kobieta, co nie ukrywam – bardzo mnie cieszy. Niemniej to jedyne co sprawia że film Patty Jenkins może choć trochę się wyróżnić na tle rozmaitych, ciekawszych, filmów z superbohaterami.
Pociągnijmy jeszcze te
przyszłą retrospektywę (widać że nie mam tutaj korekty, skoro
tworze takie potworki słowne). Wszystkie trailery, co do joty,
wskazują że dostaniemy „Avengers” w wersji DC. Czy to źle? Jak
na pierwszy film, to nie. Jakoś trzeba przedstawić postaci, by móc
je ciekawiej rozwijać w kolejnych częściach. Do tego „Justice
League” będzie ładniejszym wizualnie filmem, co do tego nie mam
wątpliwości. Plastik i tandeta w Avengersach skutecznie wybijała
mnie z seansu i uciechy nad epickimi scenami walk. A wystarczyło
trochę pomyślunku, bo kiedy spojrzymy na „Thor: Ragnarok” to
przekonamy się, że kicz może być piękny. Dobrze że Zack Snyder
był w projekcie na tyle długo, że zdążył wprowadzić swój
wizję co do wyglądu widowiska. Uwielbiam jego styl...
I na tym moje
uwielbienie do Zacka się kończy – facet powinien kręcić efekty
specjalne, ale nie zajmować się obsadą czy historia. Dlatego tutaj
cieszę się że na scenę wkroczył Joss Whedon. Choć z całego
serca współczuje Snyderowi powodów dla których musiał
zrezygnować z kręcenia JL, myślę że dla filmu wyjdzie to lepiej,
a i sam Zack będzie miał czas na uporanie się ze swoimi
problemami, co może przełoży się na lepszą formę w jego fachu.
Bo jak napisałem na początku, uważam że On potrafi kręcić dobre
filmy. Potrzebuje tylko do tego odpowiedniej ekipy, takiej która
sama zajmie się powierzonymi jej dziedzinami, tak by Snyder mógł
zająć się kwestiami w których jest najlepszy.
Dość już lania
wody. Przejdźmy do
konkretów. Ja idę zająć się swoimi sprawami, a my widzimy się
po przeskoku czasowym. 20:10 – godzina seansu. Ciekawe czy będę w
stanie napisać coś jeszcze tego samego dnia? Wydaje mi się że
byłoby to najlepsze wyjście. Zatem nie uciekajcie! Powiedzmy że
obiecuje, iż następny akapit będzie spisany na świeżo. Więc
weźcie też poprawkę na to że mogę być targany przez emocję.
Marzyłem o ekranowej Lidze Sprawiedliwości od kiedy pierwszy raz
zobaczyłem ich w ruchu w animowanej wersji, razem, obok siebie,
największych herosów tego świata. Mających ten sam cel, ale
różniący się od siebie w każdej kwestii. I daj boże, niech tak
ich pokażą w filmach. Niech oni mają charaktery, których nie muszę
lubić, ale będą mógł je zrozumieć. Tak jak mam z bohaterami
filmów Marvela.
00: 45
Seans skończył się
jakoś ok. 22. Szybko zleciało. Jednak prawdą okazało się, że
Joss Whedon mocno skrócił film. Może to dobrze? Jeśli pamiętacie
dokładnie „Batman v Superman: Dawn of Justice”, to pewnie
zgodzicie się (lub nie) że było tam kilka niepotrzebnych scen
doklejonych na siłę. Tutaj akcja idzie płynnie. Wróć, jeszcze
chwilka narzekania na warunki. Ludzie mogliby się w końcu nauczyć,
że żreć i szeleścić opakowaniami mogą w domu, a ludzi na sali
kinowej to zwyczajnie irytuje. I jeszcze rozmowy podczas seansów.
Nienawidzę jak widzowie z opóźnionym zapłonem zadają idiotyczne
pytania swoim towarzyszom.
Przecież to nie jest
„Incepcja”, tylko Liga Sprawiedliwości. Kolejne Avengers, kolory
i naparzanki. Wystarczy oglądać film oczyma a nie innymi częściami
ciała. Wychodząc z sali kinowej dodatkowo w radio złączu galerii
handlowej w której mieściło się kino rozbrzmiał komunikat o
rzekomym zagrożeniu bezpieczeństwa, i prośba by klienci pozostali
na terenie kina do przyjścia ochrony. Każdy to zignorował. Polska,
kraj ludzi lubiących ryzyko. Ale co tam, skoro zobaczyłem w końcu
śmietankę DC (taką biedniejszą śmietankę, bez Green Lanterna i
Marsjanina) to mogę umrzeć. Już tylko film z X-Men utrzymany w
stylistyce kreskówki z lat 90 (włącznie z jej motywem z czołówki)
mógłby u mnie wywołać podobne emocje. Chyba to nazywają nerdgasmem.
Nie wiem od czego zacząć.
Niech będzie chaotycznie – tak mi się pisze najwygodniej.
„Justice League” jest dobrym filmem. Nie jest na pewno najlepszym filmem komiksowym w tym roku, bo na te pozycją zapracował sobie bardzo dobry „Logan”
z Hugh Jackmanem. „Spider-Man: Homecoming” to również dobry film,
który niestety jednak nadal jest którymś filmem o Pająku z kolei.
Najlepszym w porównaniu do barachła jakie wyrzygali z siebie Sam
Raimi i Marc Webb, ale to nadal „tylko” kolejny film o
Spider-Manie. Właściwie to trochę niesprawiedliwe, bo gdyby tak JL
było którymś z kolei podejściem do ekranizacji spotkania tej
grupy, nie wiem jakbym jego oceniał. W dodatku nieśmiało mogę się
nazwać fanem wszelkich komiksowych inkarnacji tej drużyny, zatem
możliwość zobaczenia po raz pierwszy trochę blokuje mi
obiektywne podejście do tematu.
Jeśli chodzi zaś o
tegoroczny „Ragnarok” który nawiedził kina... powiedzmy, że
gdybym był trzeźwo myślącym, obiektywnym widzem uznałbym że
nowy Thor był lepszym filmem od Ligi. Ale nie jestem, i nie chcę
być. W kinie i po wyjściu z niego jestem dzieckiem które dostało
w końcu zabawkę, o której marzyło od zawsze. Nie dam sobie tego
zabrać – mam gdzieś obiektywizm, W końcu zobaczyłem na ekranie
cholerną Lige Sprawiedliwości!
Dużo mówi się o
rozbieżności między stylami Snydera i Whedona w kręceniu tego
widowiska. Możecie uznać że jestem ślepy, ale ja tego nie widzę.
Historia zdaje się być konsekwentna w swojej tonacji, jest luźna
rozrywkową historią o zbieraniu drużyny i inwazji kosmitów.
Jedyne momenty gdzie można poczuć klasyczny „Snyderowski” sznyt
to sceny akcji. I dobrze. Bo jak już napisałem we wstępie, ten pan
umie kręcić sceny akcji jak nikt inny. Ale reszta? Gdzie jest ten
bałagan o którym wszyscy mówią? Może jako człowiek mający
wieczny „artystyczny nieład” w mieszkaniu postrzegam filmy jak
ostatni brudas, ale jeśli to był bałagan, to nie chcecie zobaczyć
jak wygląda moje mieszkanie. Sceny są płynne, fabuła dobrze
zmierza od jednego punktu do drugiego. Nie ma żadnych scen na kwasie
o Supermanie-Hitlerze, przerywników z podróży Bruce'a na grób
rodziców, i innych nie pasujących do całości bzdur.
Wszyscy widzowie i fani
komiksów którzy tak jak ja byli wściekli po tym jak pokazano
Supermana w „Dawn of Justice” będą zadowoleni z dobrych zmian w
JL. Clark wraca, i w końcu od czasu „Człowieka ze Stali” w
końcu jest prawdziwym... Człowiekiem ze Stali. Uśmiechniętym, W
ładnym, kolorowym kostiumie, faktycznie mogącym dawać nadzieje.
„Przemiana” Supermana to kolejny dowód na to, że castingi w
filmach DC stoją na wysokim poziomie, tylko twórcy filmów kopią
dołki pod uzdolnionymi aktorami.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz