czwartek, 16 listopada 2017

#1 - Byłem na przedpremierze Justice League


Wstęp tychże wypocin postanowiłem napisać przed faktyczną wizytą w kinie. Zerkam zmęczonymi oczami na zegarek – 14:54, środa, 15 listopada. Seans przedpremierowy zarezerwowałem na 20:10, więc dobrze będzie umilić sobie czekanie soundtrackiem z filmu, który już trafił do internetu. Nie mogę się doczekać i obawiam jednocześnie. Dlaczego to sobie robię? Po tym jak zawiodłem się na „Suicide Squad” i „Batman v Superman”, w międzyczasie dodatkowo sponiewierany przez chałturę jaką tworzy się w telewizji na podstawie komiksów DC, czasami myślę że cierpię na syndrom sztokholmski. Choć nadal trwam przy przekonaniu że „Dawn of Justice” nie było tak złym filmem jak wszyscy wokół by chcieli, to z całą pewnością uważam że był fatalny jako adaptacja komiksu.

Mimo to, obok „Człowieka ze Stali” to nadal jest jedyny film DCEU, na którym się dobrze bawię. Jaka jest alternatywa? Okropne „Suicide Squad” oraz bardzo przeciętna i statyczna „Wonder Woman”, która choć z dotychczasowych filmów DC z epoki Snydera napisana najlepiej, to kompletnie nie zachwycała ani nie wprowadza do gatunku peleryny i maski na ekranie niczego nowego. Oczywiście poza tym, że w końcu protagonistką jest kobieta, co nie ukrywam – bardzo mnie cieszy. Niemniej to jedyne co sprawia że film Patty Jenkins może choć trochę się wyróżnić na tle rozmaitych, ciekawszych, filmów z superbohaterami.

Pociągnijmy jeszcze te przyszłą retrospektywę (widać że nie mam tutaj korekty, skoro tworze takie potworki słowne). Wszystkie trailery, co do joty, wskazują że dostaniemy „Avengers” w wersji DC. Czy to źle? Jak na pierwszy film, to nie. Jakoś trzeba przedstawić postaci, by móc je ciekawiej rozwijać w kolejnych częściach. Do tego „Justice League” będzie ładniejszym wizualnie filmem, co do tego nie mam wątpliwości. Plastik i tandeta w Avengersach skutecznie wybijała mnie z seansu i uciechy nad epickimi scenami walk. A wystarczyło trochę pomyślunku, bo kiedy spojrzymy na „Thor: Ragnarok” to przekonamy się, że kicz może być piękny. Dobrze że Zack Snyder był w projekcie na tyle długo, że zdążył wprowadzić swój wizję co do wyglądu widowiska. Uwielbiam jego styl...

I na tym moje uwielbienie do Zacka się kończy – facet powinien kręcić efekty specjalne, ale nie zajmować się obsadą czy historia. Dlatego tutaj cieszę się że na scenę wkroczył Joss Whedon. Choć z całego serca współczuje Snyderowi powodów dla których musiał zrezygnować z kręcenia JL, myślę że dla filmu wyjdzie to lepiej, a i sam Zack będzie miał czas na uporanie się ze swoimi problemami, co może przełoży się na lepszą formę w jego fachu. Bo jak napisałem na początku, uważam że On potrafi kręcić dobre filmy. Potrzebuje tylko do tego odpowiedniej ekipy, takiej która sama zajmie się powierzonymi jej dziedzinami, tak by Snyder mógł zająć się kwestiami w których jest najlepszy.


Dość już lania wody. Przejdźmy do konkretów. Ja idę zająć się swoimi sprawami, a my widzimy się po przeskoku czasowym. 20:10 – godzina seansu. Ciekawe czy będę w stanie napisać coś jeszcze tego samego dnia? Wydaje mi się że byłoby to najlepsze wyjście. Zatem nie uciekajcie! Powiedzmy że obiecuje, iż następny akapit będzie spisany na świeżo. Więc weźcie też poprawkę na to że mogę być targany przez emocję. Marzyłem o ekranowej Lidze Sprawiedliwości od kiedy pierwszy raz zobaczyłem ich w ruchu w animowanej wersji, razem, obok siebie, największych herosów tego świata. Mających ten sam cel, ale różniący się od siebie w każdej kwestii. I daj boże, niech tak ich pokażą w filmach. Niech oni mają charaktery, których nie muszę lubić, ale będą mógł je zrozumieć. Tak jak mam z bohaterami filmów Marvela.

00: 45

Seans skończył się jakoś ok. 22. Szybko zleciało. Jednak prawdą okazało się, że Joss Whedon mocno skrócił film. Może to dobrze? Jeśli pamiętacie dokładnie „Batman v Superman: Dawn of Justice”, to pewnie zgodzicie się (lub nie) że było tam kilka niepotrzebnych scen doklejonych na siłę. Tutaj akcja idzie płynnie. Wróć, jeszcze chwilka narzekania na warunki. Ludzie mogliby się w końcu nauczyć, że żreć i szeleścić opakowaniami mogą w domu, a ludzi na sali kinowej to zwyczajnie irytuje. I jeszcze rozmowy podczas seansów. Nienawidzę jak widzowie z opóźnionym zapłonem zadają idiotyczne pytania swoim towarzyszom. 

Przecież to nie jest „Incepcja”, tylko Liga Sprawiedliwości. Kolejne Avengers, kolory i naparzanki. Wystarczy oglądać film oczyma a nie innymi częściami ciała. Wychodząc z sali kinowej dodatkowo w radio złączu galerii handlowej w której mieściło się kino rozbrzmiał komunikat o rzekomym zagrożeniu bezpieczeństwa, i prośba by klienci pozostali na terenie kina do przyjścia ochrony. Każdy to zignorował. Polska, kraj ludzi lubiących ryzyko. Ale co tam, skoro zobaczyłem w końcu śmietankę DC (taką biedniejszą śmietankę, bez Green Lanterna i Marsjanina) to mogę umrzeć. Już tylko film z X-Men utrzymany w stylistyce kreskówki z lat 90 (włącznie z jej motywem z czołówki) mógłby u mnie wywołać podobne emocje. Chyba to nazywają nerdgasmem.


Nie wiem od czego zacząć. Niech będzie chaotycznie – tak mi się pisze najwygodniej. „Justice League” jest dobrym filmem. Nie jest na pewno najlepszym filmem komiksowym w tym roku, bo na te pozycją zapracował sobie bardzo dobry „Logan” z Hugh Jackmanem. „Spider-Man: Homecoming” to również dobry film, który niestety jednak nadal jest którymś filmem o Pająku z kolei. Najlepszym w porównaniu do barachła jakie wyrzygali z siebie Sam Raimi i Marc Webb, ale to nadal „tylko” kolejny film o Spider-Manie. Właściwie to trochę niesprawiedliwe, bo gdyby tak JL było którymś z kolei podejściem do ekranizacji spotkania tej grupy, nie wiem jakbym jego oceniał. W dodatku nieśmiało mogę się nazwać fanem wszelkich komiksowych inkarnacji tej drużyny, zatem możliwość zobaczenia po raz pierwszy trochę blokuje mi obiektywne podejście do tematu.

Jeśli chodzi zaś o tegoroczny „Ragnarok” który nawiedził kina... powiedzmy, że gdybym był trzeźwo myślącym, obiektywnym widzem uznałbym że nowy Thor był lepszym filmem od Ligi. Ale nie jestem, i nie chcę być. W kinie i po wyjściu z niego jestem dzieckiem które dostało w końcu zabawkę, o której marzyło od zawsze. Nie dam sobie tego zabrać – mam gdzieś obiektywizm, W końcu zobaczyłem na ekranie cholerną Lige Sprawiedliwości!

Dużo mówi się o rozbieżności między stylami Snydera i Whedona w kręceniu tego widowiska. Możecie uznać że jestem ślepy, ale ja tego nie widzę. Historia zdaje się być konsekwentna w swojej tonacji, jest luźna rozrywkową historią o zbieraniu drużyny i inwazji kosmitów. Jedyne momenty gdzie można poczuć klasyczny „Snyderowski” sznyt to sceny akcji. I dobrze. Bo jak już napisałem we wstępie, ten pan umie kręcić sceny akcji jak nikt inny. Ale reszta? Gdzie jest ten bałagan o którym wszyscy mówią? Może jako człowiek mający wieczny „artystyczny nieład” w mieszkaniu postrzegam filmy jak ostatni brudas, ale jeśli to był bałagan, to nie chcecie zobaczyć jak wygląda moje mieszkanie. Sceny są płynne, fabuła dobrze zmierza od jednego punktu do drugiego. Nie ma żadnych scen na kwasie o Supermanie-Hitlerze, przerywników z podróży Bruce'a na grób rodziców, i innych nie pasujących do całości bzdur.


Wszyscy widzowie i fani komiksów którzy tak jak ja byli wściekli po tym jak pokazano Supermana w „Dawn of Justice” będą zadowoleni z dobrych zmian w JL. Clark wraca, i w końcu od czasu „Człowieka ze Stali” w końcu jest prawdziwym... Człowiekiem ze Stali. Uśmiechniętym, W ładnym, kolorowym kostiumie, faktycznie mogącym dawać nadzieje. „Przemiana” Supermana to kolejny dowód na to, że castingi w filmach DC stoją na wysokim poziomie, tylko twórcy filmów kopią dołki pod uzdolnionymi aktorami. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz